






ORP Bryza
ORP Delfin
ORP
Groźny
Jan Heweliusz
"Jan Heweliusz"
Data oddania do eksploatacji 1977
Data zatonięcia 14 stycznia 1993
Armator Polskie Linie Oceaniczne
Bandera Polska
Długość całkowita (L) 125,66 m
Szerokość (B) 17,02 m
Zanurzenie (D) 4,31 m
Prędkość maks. 16,75 w
Pojemność brutto 3015 RT
Dane napędu CODAD, Sulzer, 7400 KM Il.
Śrub napędowych 2
Zatoniecie promu "Jan Heweliusz" - największa z tragedii, jakie stały się udziałem polskich statków w czasach pokojowych - jest wciąż tematem wywołującym spory i emocje. Izby Morskie - szczecińska, gdyńska i odwoławcza w Gdyni przez sześć lat zajmowały się badaniem przyczyn wypadku. Ostatecznie Odwoławcza Izba Morska w Gdańsku z
siedzibą w Gdyni uznała, że prom nie nadawał się do żeglugi, a odpowiedzialnymi za to byli będąca jego armatorem szczecińska spółka "Euroafrica" i właściciel statku, który dopuścił go do eksploatacji wiedząc o jego wadach konstrukcyjnych. Współwinnym tragedii uznano także Polski Rejestr Statków i Urząd Morski w Szczecinie, a także zmarłego w następstwie zatonięcia jednostki dowódcę, kpt. Andrzeja Ułasiewicza, który zdecydował się wyjść w morze mimo ekstremalnych, praktycznie niespotykanych na Bałtyku warunków pogodowych.

Jednak nie wszyscy znający bliżej sprawę katastrofy "Jan Heweliusza" z
tą ostatnią częścią orzeczenia Izby Morskiej się zgadzają. Zbudowany w 1977 r. w Norwegii prom kolejowo - samochodowy "Jan Heweliusz" już wcześniej nie cieszył się
dobrą opinią. Pewnego razu w porcie Ystad na skutek awarii zbiorników balastowych przewrócił się na burtę, i uległ poważnym uszkodzeniom. Kiedy indziej wybuchł na nim poważny pożar. W ramach usuwania uszkodzeń na jego pokład wylano ok. 30 ton betonu. To dodatkowe obciążenie prawdopodobnie jeszcze bardziej naruszyło i tak
nienajlepszą stateczność jednostki. Sztorm na Bałtyku 14 stycznia 1993 r.
przypadał w środę. Tego dnia na Bałtyku - jak to często bywa w zimie - szalał
sztorm. Siła wiatru wynosiła 6 - 7, a w porywach do 9 stopni w skali Beauforta.
Jednak dla doświadczonych marynarzy taka pogoda nie stanowiła przeszkody w żegludze.
W swój kolejny rejs do Ystad "Jan Heweliusz" miał wyruszyć o godz. 21:30 okazało się, że uszkodzona jest furta rufowa, czyli potężna klapa zamykająca wnętrze pokładu kolejowo - samochodowego. Pospieszna naprawa trwała dwie godziny. O 23:30 padła komenda: Podnosić cumy! Odbijamy! Na pokładzie mierzącego 125 m promu znajdowało się 28 TIRów, wyładowanych m.in. żarówkami,
cebulą i plazmą krwi, a ponadto 10 wagonów kolejowych i 64 ludzi - pasażerów i członków załogi.
Początkowo rejs przebiegał normalnie. Jednak o godz. 3:00 - 3:30, gdy prom płynął wzdłuż wybrzeży Rugii, zaczął się sztorm. Gdy koło godz. 4 "Jan Heweliusz" minął północno-zachodni cypel wyspy, uderzył huragan wiejący
z prędkością do 160 km/h. Skala Beauforta nie przewiduje wiatru o takiej sile.
Kapitan Andrzej Ułasiewicz próbował ratować jednostkę ustawiając ją dziobem w kierunku fal. Usiłował też schować się z Rugię, gdzie wiatr nie był tak silny. Wszystko to zdało się na nic. O 4:30 na przechylającym się coraz bardziej promie rozległy się dzwonki alarmowe: kapitan wydał rozkaz opuszczenia statku.
Ewakuacja "Jana Heweliusza" przebiegała w wyjątkowo dramatycznych okolicznościach. W kadłub statku waliły olbrzymie fale. Powietrze było tak wypełnione pyłem wodnym, że niemal nie sposób było oddychać. Wiatr przewracał ludzi. Prom przechylał się z minuty na minutę. O godz. 4:35. przechył wynosił 30 stopni. W pięć minut póniej - już 70 stopni. O godz. 4:37 "Jan Heweliusz" po raz pierwszy wysłał sygnał SOS. Odebrały go stacja Rone na Bornholmie, polski prom "Nieborów" i stacja "Arkona-Radio".
Gwałtownie rosnący przechył i ekstremalne warunki pogodowe uniemożliwiły załodze spuszczenie szalup. Mimo to prowadzono akcję
ratunkową. Kierował nią drugi oficer, Mariusz Schwebs. Marynarze podawali pasażerom pasy ratunkowe i kapoki. Na wodę spuszczono siedem tratw. Kapitan Andrzej Ułasiewicz, pierwszy oficer Roger Janicki i trzeci oficer Janusz Lewandowski stali na mostku kapitańskim. Pozostali tam do końca.
"My position is..." O godz. 4:50 stacja Witowo-Radio zaalarmowała Polskie Ratownictwo Okrętowe w Gdyni. Przez następne pięć minut stacja "Arkona" prosi "Heweliusza" o sprecy-zowanie swego położenia. Z tonącego statku doszły tylko słowa: "My position is...". O 5:10 w eterze zapadła cisza. 40 minut później, "Jan Heweliusz" prze-wrócił się stępką do góry, by o godz. 11:00 zatonąć. Na pomoc "Heweliuszowi" pospieszyły inne jednostki pływające.
O 5:15 do akcji ratowniczej przestąpiły promy "Nieborów" i "Kopernik". Pół godziny później dołączyły do nich niemiecki holownik ratowniczy "Arkona" i polski statek "Huragan". O 7:00 nad miejsce tragedii nadleciały niemieckie, duńskie i szwedzkie helikoptery. Z uwagi na ekstremalne warunki pogodowe akcja ratunkowa była niezwykle trudna. W czasie jej trwania, morze pochłonęło kolejne ofiary. Zginęli ci, co do których wydawało się, że mogą przeżyć. Pierwszy elektryk Andrzej Korzeniowski zginął, spadając do morza z burty statku "Arkona" na pokład którego zaczął się wspinać po rzuconej przez niemiecką załogę siatce. Dla trzech osób, wśród których była stewardessa Teresa Sienkiewicz, śmiertelną pułapką stała się przewrócona przez zrzutkę z helikoptera tratwa ratunkowa. Ubrani w kombinezony, wypychani siłą wyporu wody, nie mogli wydostać się spod przewróconej do góry dnem tratwy. Przez dwie godziny daremnie wołali o pomoc. Następnego dnia o godz. 16:45 akcja ratownicza została zakończona. Bilans katastrofy był tragiczny: spośród 64 osób obecnych na pokładzie "Jana Heweliusza" uratowano zaledwie 9 ludzi. Ciał sześciu osób nie udało się odnaleźć.
Lista Ocalonych: Edmund Brzeziński (motorzysta), Leszek Kochanowski (starszy marynarz), Edward Kurpiel (ochmistrz), Janusz Lamek (III mechanik), Janusz Lewandowski (III oficer), Jerzy Petruk (motorzysta), Mariusz Schwebs (II oficer), Grzegorz Sudowoj (II elektryk), Bogdan Zakrzewski (kucharz). Szwedzki kierowca Rolf Gorgs, który według niektórych relacji także ocalał, prawdopodobnie nie znajdował się w ogóle na pokładzie, a informacje o nim były
kaczką dziennikarską.
Lista ofiar
Załoga: Marek Behrendt (starszy oficer), Tomasz Brudnicki (starszy mechanik), Kazimierz Choszcz (kucharz), Ryszard Cikota (steward), Roger Janicki (starszy oficer), Mirosław Kolberg (młodszy motorzysta), Andrzej Korzeniowski (I elektryk), Tadeusz Łastowski (magazynier maszynowy), Józef Noga (starszy marynarz), Mieczysław Ostrzyniewski (cieśla), Stanisław Pacek (starszy marynarz), Leszek Pyciński (radiooficer), Teresa Sienkiewicz (stewardesa), Paweł Sobociński (IV mechanik), Janusz Subicki (oficer pożarowy), Włodzimierz Szpilman (bosman), Bronisław Szychta (starszy marynarz), Janusz Szydłowski (steward), Andrzej Ułasiewicz (kapitan), Zenon Wawrzak (II mechanik).
Pasażerowie: Ingvar Andersson, Lajos Balzas, Vaclaw Condil, Karol i Sylwia Eichert (ojciec z
córką), Josef Furulyas, Małgorzata Gajowska, Agnieszka Goldman (z-ca dyr. Euroafrica Linie Żeglugowe), Czesław Gorlewski, Witold Greda, Ingvar Kjell Hakansson, Roy Halvorssen, Conny Irskog, Zdenek Jurik, Bo Karlsson,
Marek Kośny, Andrzej Kozłowski (agent PKP), Witold Krawczyk, Lars Borje Lenartsson, Per Martens, Peter Olsson, Henryk Owczarczyk, Ryszard Pałka, Erwin Pappenscheller, Władysław Półtorak, Jochan Reischer, Istvan Small, Zdzisław Sosnowski, Witold Staszkiewicz, Radka Milena Vasić, Dymitr Vasić, Ferenc Vegh, Michaly Warga, Peter Weissenbacher, Barbara Zaborska (kier. działu eksploatacji żeglugi promowej).
Zeznanie uczestnika katastrofy "Jan Heweliusz":
Rozmowa z ochmistrzem - Edward Krupiela ...
Marynarzem jestem, jak się rzekło, od 28 lat. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Gdy kapitan ogłosił alarm i polecenie opuszczenia statku, chwyciłem kombinezon i ruszyłem do drzwi, które się zatrzasnęły. Ciągnąc je z całej siły za klamkę, uchyliłem je lekko. Przez wąską szparę wydostałem się na korytarz. Zakładając
w biegu kombinezon, bosy i w piżamie pobiegłem w kierunku wyjścia na pokład. Minąłem wyskakującego z kajuty starszego mechanika Tomasza Brudnickiego. Dopadłem trapu, za
mną starszy mechanik. Nie byłem już w stanie wyjść na pokład o własnych siłach. Z tyłu wczepił się we mnie starszy mechanik. Obaj zawiśliśmy na drabinkach. Zaczęliśmy wołać, żeby ktoś nam pomógł. W otwartych drzwiach ukazała się głowa starszego marynarza Bronisława Szychty który złapał mnie za rękę. - Panie ochmistrz, nie dam rady pana wyciągnąć - krzyknął. Ale w tym momencie pojawił się motorzysta Edmund Brzeziński. Pomógł Szychcie wyciągnąć nas. To, co zobaczyłem na pokładzie, przeszło wszelkie moje oczekiwania. Takiego Bałtyku jeszcze nigdy rwie widziałem. Fale były ogromne. Waliły w kadłub, jakby chciały go zmiażdżyć. Powietrze pełne pyłu wodnego. Nie sposób było oddychać. Wiatr przewracał ludzi. Kapitan Ułasiewicz, pierwszy oficer Roger Janicki i trzeci oficer Janusz Lewandowski stali na mostku. Widziałem, jak mostek zanurzał się w wodzie. Prom przechylał się dalej.
Akcją ratunkową kierował drugi oficer Mariusz Schwebs. Przebiegała sprawnie. Marynarze podawali pasażerom pasy ratunkowe i kapoki. Na wodę spuszczono siedem tratw. Wskoczyłem do wody i zacząłem płynąć w kierunku najbliższej tratwy. Dopłynąłem, ale nie mogłem już na
nią wejść. Jakiś mężczyzna złapał mnie mocno i wciągnął do środka. Na tratwie zobaczyłem pierwszego elektryka Andrzeja Korzeniowskiego, drugiego elektryka Gregorza Sudwoja, kucharza Bogdana Zakrzewskiego, motorzystę Jerzego Petruka, trzeciego mechanika Janusza Lameka i starszego marynarza Leszka Kochanowskie go. Na tratwie był też polski kierowca - nie pamiętam jego nazwiska. Kochanowski był bez skafandra. Miał na sobie tylko kamizelkę i pas ratunkowy. Po jakimś czasie "Heweliusza" nie było już widać. Przez ryk morza dochodziło do nas ciągłe wołanie "O Boże!, O Boże!" Po jakimś czasie niedaleko nas pojawiły się dwie tratwy. Znajdowali się na nich oficer pożarowy Janusz Subicki, steward Janusz Szydłowski, stewardesa Teresa Sienkiewicz i drugi oficer Mariusz Schwebs. Udało się nam powiązać ze
sobą wszystkie trzy tratwy. Do wnętrza tratwy wlewała się woda. Tratwa nakryta jest namiotem, wejścia
chronią dwa fartuchy Tylko dzięki temu, że Janusz Lamek nie byt w kombinezonie, udało mu się w końcu związać ze
sobą fartuchy. Rękawice w kombinezonach były zbyt grube, żeby można było manipulować palcami. Leżeliśmy w tratwie po pas w wodzie. Nie mogliśmy jej wybrać czerpakami. Było strasznie zimno. Najbardziej tym bez kombinezonów Lamkowi i Kochanowskiemu. Kochanowski był na tyle osłabiony, że co rusz musieliśmy go podtrzymywać, żeby się nie utopił wewnątrz tratwy. Ale przez tę wodę byliśmy ciężsi, przez to bałwany nie mogły nas tak łatwo przewrócić. Woda uratowała na początku życie Teresie Sienkiewicz. Fala wepchnęła
ją do jednej z tratw. Inaczej nigdy by się do niej nie wgramoliła. Nie miała sił. Między
godziną 6.00 a 7.00 usłyszeliśmy warkot helikopterów Tratwy oświetlono reflektorami. Usłyszeliśmy też zbliżający się statek. Przez wąski lufcik przeczytaliśmy na burcie nazwę okrętu. Była to "Arkom " - niemiecki statek ratowniczy. Pomyśleliśmy, że nie jest le. Helikopter zaczął poszukiwać tych którzy byli wodzie. Z morza wyciągnięto po dwóch godzinach trzeciego oficera Janusza Lewandowskiego, który byt w momencie katastrofy na mostku kapitańskim. Lewandowski wytłumaczył pilotowi, że w wodzie pozostał bosman Włodzimierz Szpilman, marynarz Leszek Pyciński i magazynier Tadeusz Łastowski. Bosmana i magazyniera udało się wciągnąć do helikoptera. Byli w stanie krytycznym. Później
śmigłowiec nadleciał nad tratwy. Wyrzucił linkę. Jednak przy podmuchu zrzutka zaczepiła o tratwę, w której viajdowali się drugi oficer Mariusz Schwebs, steward Janusz Szydłowski, stewardesa Teresa Sienkiewicz, kucharz Bogdnn Zakrzewski i oficer pożarowy Janusz Subicki. Tratwa wywróciła się do góry dnem. W ostatniej chwili wyskoczyli z niej drugi oficer i kucharz. Janusz Szydłowski, Teresa Sienkiewicz i Janusz Subicki, ubrani w kombinezony, wypychani
siłą wyporu, nie mogli wpłynąć spod wywróconej do góry dnem tratwy. Przez dwie godziny wołali o pomoc. Nie udało się nam ich uratować. Wszyscy troje zginęli. Stewardesa Teresa Sienkiewicz straciła kilka lat wcześniej na morzu męża. Na promy zaokrętowało
ją PLO. Miała być to rekompensata. Drugiego oficera Mariusza Schwebsa wziął helikopter. Niemcy z ,,Arkany" spuścili
specjalną siatkę, żeby rozbitkowie mogli się po niej wspiąć na pokład. Pierwszy spróbował drugi elektryk Grzegorz Sudwoj. Wyskoczył z tratwy i uczepił się siatki. Krok po kroku, wolno wdrapał się na górę. Drugi na burtę wspiął się pierwszy elektryk Andrzej Korzeniowski. Dotarł prawie na
samą górę. Póniej coś się stało. Siatka wypadła mu chyba z rąk. Zaczął powoli zsuwać się w dół. Fala zmyła go do morza. Gdy po kilku minutach wypłynąl; nie nawał znaków życia. Też chciałem wejść na pokład "Arkony". Dotykałem statku, ale nie byłem do końca zdecydowany nie wiedziałem czy dam redę. Dłonie miałem zgrabiałe z zimna. Niemcy widząc że nie damy rady, odpłynęli od nas. Widzieliśmy w wodzie unoszące się ciała. Zupełnie jak byśmy pływali po cmentarzysku....
